niedziela, 09 grudnia 2007
treść zastępcza
jako, że w najblizszym czasie nic nie planuje dam wam jakieś zajęcie...
Almodovaro przyznał sie Lucecicie, że nie może się z nią ożenić, gdyż jest jej zaginionym bratem. Christina zaś odebrała Katarinie dziecko, sądząc, że to ona je urodziła. Credollo nie jest pewien wierności don Juany, więc zdradza ją z jej wnuczką Emille, która okazuje się być jego starszą siostrą. Christina zazdrosna o Almodovarę zabija Lucecitę, jednak ta zdąża otruć przed śmiercią małą Johannę. Credollo nie może się z tym pogodzić i postanawia popełnic sambójstwo. W ostatniej chwili znajduje go Almodovaro i wyznaje miłość. Don Chuana wychodzi potajemnie za Salvatora, męża Emillie, a jej siostra Brigitte wstępuje do klasztoru, gdzie przeżywa płomienny romans...
Zagadka: Czyim dzieckiem jest mały don Giovanni?
:D
czwartek, 01 listopada 2007
C.D.Nastąpił
Sapphire powoli wracała do siebie, jednak nie zamierzała jeszcze otwierać oczu. Słyszała rozmowę ojca z nieznajomym. W ich głosach wyczuwała coś, czego do tej pory nie miała okazji zaobserwować - jakąś sugestię czułości, miękkości. W ten sposób nie powinno odzywać się do siebie dwóch dorosłych mężczyzn... A ten głos... Znała go już... Oczywiście, że tak... Jak wogóle mogła być taka głupia? Te szepty w ciemnościach, skradanie w salonie, skrzypienie drzwi do pokojów ojca. Teraz wyjaśniły się wszystkie tajemnice. Próbowano ukryć przed nią prawdę, ale nie była głupia. Os zawsze umiała słuchać. Podszeptywania służby, ukradkowe spojrzenia rzucane w jej stronę. Zastanawiała się, co tak bardzo złego jest w tym, że jego ojciec ma kochankę... Potem się dowiedziała, że za "takie" kochanki grozi kara śmierci... Pamiętała tamten dzień, który całkowicie zmienił jej życie, wiedziała dlaczego dostąpiła tego zaszczytu bycia córką gubernatora. To odsuwało wszelkie podejrzenia. Ale teraz... Nabrała powietrza, otworzyła oczy i powoli usiadła. Trafiła akurat na bardzo romantyczną chwilę. Jej drogi ojciec pochylał głowę na piersi jej "narzeczonego", który obejmował go ramionami... -Urocze. - westchnęła ciężko, a mężczyźni odkoczyli od siebie jak poparzeni. -Sapphire, już sie ocknęłaś? -wyrzucił z siebie gubernator unikając jej wzroku. -Oh, papo, naprawdę nic mi nie jest - powiedziała spokojnie i spojrzała na swojego przyszłego męża - To ja może panów zostawię samych, tak jak najbardziej lubicie. - ojciec skulił się w sobie. -J..ja ci wszystko.. - zająknął się. -Ależ papo, co tu jest do wyjaśniania? -Wstała z kanapy i orzepała teatralnie suknię - To ja już pójdę. - A gdzie? Jeśli wolno zapytać. - odezwał się drugi mężczyzna. - Do portu, porządnie się urżnąć, jak porządnej łachmaniarze przystało - zakręciła się w miejscu i wyszła.
czwartek, 23 sierpnia 2007
rozdział 2 'Skrzywione zaręczyny'
Blade słońce dopiero zaczynało sugerować, że ewentualnie istniałaby taka możliwość, żeby wzeszło nad horyzontem. Drzwi do pokoju Sapphiry otworzyły się ze skrzypieniem, a do środka weszła młoda służąca. - Czas wstawać! - zawołała wesoło i ściągnęła kołdrę z dziewczyny śpiącej na łóżku - Czeka panienkę ciężki dzień - zawyrokowała. W odpowiedzi usłyszała tylko cichy bulgot, a córka gubernatora i jego jedyna dziedziczka spróbowała przykryć się poduszką. Zrezygnowana służąca nie widząc innego wyjścia zaaplikowała swojej panience cios poduszką w głowę. Podziałało. Zaspana dziewczyna usiadła na łóżku i spojrzała z wyrzutem spod szopy jasnych włosów na sprawczynię cierpień. - Marie, ja cię kiedyś naprawdę zamorduję - mruknęła, łypiąc groźnie błękitnym ślepiem, drugie zaginęło gdzieś w gąszczu włosów dziewczyny. Efekt jaki miała wywrzeć ta deklaracja zniszczyło potężne ziewnięcie. Adresatka groźby wzruszyła tylko ramionami i pociągnęła Sapphirę za rękę, żeby szybciej zwlokła się z łóżka. - Chodź - powiedziała - mamy tylko trzy godziny, żeby zrobić coś z twoimi włosami - spojrzała na blond szopę wyrastającą na głowie córki gubernatora. - Może dzisiaj nie pochłonie żadnego grzebienia - mruknęła do siebie i po chwili dodała głośniej - No rusz się! To będą długie trzy godziny...
Sapphire Roxanne stała w hallu nieopodal schodów i wraz z ojcem witała gości przybywających na przyjęcie zaręczynowe. JEJ przyjęcie zaręczynowe. Na samą myśl o tym, że ma wyjść za obcego człowieka, którego nigdy w życiu nie widziała i którego najpewniej znienawidzi. Czuła jak spinki we włosach przebijają jej skórę, a z sadystycznie zasznurowanym gorsetem toczyła walkę za każdym razem, kiedy chciała nabrać powietrza. Kiedy weszła z ojcem do sali została porwana do tańca przez jakiegoś młodego arystokratę. Ojciec na ten wieczór sprośił całą śmietankę towarzyską Karaibów. Był nawet gubernator Swann z szesnastoletnią córką i pierwszy oficerem, Jamesem Norringtonem. Sapphire zauważyła, że przygląda jej się od jakiegoś czasu. Był przystojny i elegancki. Kiedy w końcu udało jej się uwolnić po trzecim tańcu podeszła do stołu, przy którym stał młody oficer. Przez cały ostatni taniec nie spuszczał z niej wzroku, kiedy znalazła się w wystarczającej odległości podszedł bliżej. Skłonił się nisko i przedstawił. Rozmowa potoczyła się tak gładko, że dziewczyna sama się temu dziwiła. - Więc zajmuje się pan likwidowaniem piractwa na okolicznych wodach - zagadnęła po dłuższej chwili milczenia z błyskiem w oku. Już wiedziała, że te oczy robią na oficerze wrażenie. - Tak - potwierdził i zapatrzył w jakiś punkt ponad tańczącymi parami. Momentalnie się ocknął i spojrzał na dziewczynę. - Trzeba tępić ten szkodliwy element i będę to robić dopóki mam takie rozkazy - powiedział zapalczywie. -Jest więc pan człwoekiem czynu - orzekła cicho, a młody Norrington widocznie się napuszył - A także człowiekiem rozkazu - dodała głośniej, a mężczyzna spojżaj na nią pytająco. - Wykona pan każdy każdy rozkaz, który zwierzchnik panu wyda? - skinął powoli głową - Nawet jeśli będzie pan miał świadomość, że to co rozkazane wcale nie jest słuszne? Nie odpowiedział. Nie zdążył. Drzwi do sali nagle otworzyły się, a do środka wkroczył przyszły pan młody. Dziewczyna wstrzymała oddech i zaczęła iść powoli w stronę nowego gościa. Był wysoki, szpakowaty i całkiem przystojny. Tylko, że dużo od niej starszy. Ojciec przywitał ciepło i serdecznie przyszłego zięcia. Ten zwrócił się w kierunku Sapphiry i coś powiedział biorąc jej dłoń w swoje. Nie wiedziała co, nagle zrobiło jej się słabo i prawie zemdlała. Mężczyzna nauważył, że dziewczyna mocno zbladła i zachwiała się. Szybko zainterweniował biorąc ją na ręce. Zaniepokojony gubernator zaprowadził go do niewielkiego, gustownie urządzonego saloniku, gdzie ten położył delikatnie dziewczynę na kanapce -Dziękuję ci, Arthurze- powiedział gubernator zbliżając sie do mężczyzny. - Naprawde nie wiem co się stało... Jeszcze nigdy nie zdażyło jej się zasłabnąć.
c.d.n. niedługo, jak mi się zechce ;)
poniedziałek, 13 sierpnia 2007
Tom I 'Ziemia'
rozdział 1 'Gubernatorska córka'
Słońce grzało niemiłosiernie tworząc z ludnego Nassau wymarłe miasto.
Po opuszczonych drogach hulał tylko gorący wiatr przeganiając pył i
piach wszystkimi ulicami. Poza chłodne mury budynków nie wychodził
nikt, chyba że naprawdę koniecznie musiał. Na zewnątrz nie było więc
żywego ducha, poza jednym, który trzepotał się jeszcze w wątłym i
wychudzonym ciele dziesięcioletniego dziecka. Mur, pod którym na wpół
leżało, a na wpół siedziało, okalał majestatyczną posiadłość
gubernatora Bahamów - Abrahama van der Minette, już dawno przestał
rzucać zbawczy cień na małą żebraczą postać, tak wycieńczoną, że nie
była w stanie przesuwać się w ucieczce przed śmiercionośnym słońcem. Mała
postać pod murem nie podniosła nawet głowy, gdy nagle otworzyła się
brama, z której wyjechały trzy powozy. Fakt, iż mimo upału zasłonki we
wszystkich były szczelnie zaciągnięte powinien zwracać uwagę, ale w
pobliżu nie było nikogo, kto mógłby się nad tym dłużej zastanawiać. Dwa
pierwsze minęły obojętnie żałosną kupkę łachmanów, ale ostatni
zatrzymał się na rozkaz osoby siedzącej w środku. Upierściona i
wypielęgnowana dłoń odsunęła zasłonkę. - To się nawet może nadać.
-mruknęła do siebie tajemnicza persona. Rozkazy zostały wydane, a powóz
ruszył dalej, w kierunku portu. Niezadowolony z życia służący
podszedł do muru i trącił stopą kupkę łachmanów, z których wystawała
blond główka. Ku jego niezadowoleniu zobaczył jak ta unosi się nieco, a
spod przydługiej, brudnej grzywki łypnęło na niego błekitne oko. Klnąc
w duchu na arystokrację i jej zachcianki wziął drobne ciałko na ręce i
ruszył w kierunku bramy.
Gubernator spojżał na przyniesione
dziecko z obrzydzeniem. Pulchną dłonią wykonał w powietrzu gest, jakby
chciał odegnać sprzed oczu przykry obraz. - Doprowadźcie to... coś do porządku, i przyślijcie do mnie - zarządził zniesmaczony. - Trzeba będzie odgrać tę farsę - mruczał do siebie idąc powoli do gabinetu. Po
godzinie, pełnej mydlin, pumeksu i szorowania dla dziecka, a dla
gubernatorna pełnej upału i rozmyślań, przed obliczem pana domu stanęła
mała, wymizernowana istotka. Można orzec, że kąpiel i porządny posiłek
poczyniły cuda. Przybysz stał o własnych siłach i nawet bez trudu można
było określić jego płeć. - Jak ci na imię, dziecko? - zapytał chłodno mężczyzna. - Ro... - zaczęła mówić dziewczynka, ale pytający szybko jej przerwał. - Sapphire... tak cię nazwała twoja świętej pamięci matka. - Roxanne - dokończyła patrząc na rozmówcę bystro. -
Hm... Sapphire Roxanne, oczywiście - mężczyzna zmierzył dziewczynkę
długim, taksującym spojrzeniem - Drugie imię odziedziczyłaś po jakieś
ciotce - zgodził się - Ile masz lat? - Dz... - usta Sapphire Roxanne zaczęły formować odpowiedź, ale gubernator znowu był szybszy. -
Osiem, tak? - nie czekając na potwierdzenie skinął głową - to się
zgadza. Siedem lat temu, kiedy miałaś zaledwie rok, płynełaś tutaj ze
swoją czcigodną matką- Panie świeć nad jej duszą. Nagły i gwałtowny
sztorm zatopił statek. Przeżyła tylko garstka. Jakiś marynarz uratował
cię i zabrał do domu. Jego żona tak się do ciebie przywiązała, że
zostałaś uznana za ich własną córkę. Tymczasem ja bolałem po stracie
ukochanej żony i jedynego dziecka. Z tej zgryzoty nie ożeniłem się do
dnia dzisiejszego... - mężczyzna ucichł, jakby po raz kolejny przeżywał
tragiczne wydażenia przeszłości. Po chwili kontynuował - Ty przez przez
przypadek dowiedziałaś się prawdy, podsłuchując kłótnię przybranych
rodziców i wyruszyłaś na poszukiwanie prawdziwego ojca. - skończył
opowieść i wpatrzył się w twarzyczkę dziecka. Mała żebraczka zadarła
głowę i spojrzała na niego nad wyraz bystro. Po chwili na jej buzi
rozlał się promienisty uśmiech, a w błekitnych oczach błysnęły łzy. - Tatusiu! -zaszlochała spazmatycznie i zrobiła krok do przodu - Tatusiu! Wróciłam! - krzyknęła i rzuciła sie ojcu na szyję.
|
|